| |

2006 maj marzec 2005 październik wrzesień sierpień czerwiec maj kwiecień marzec styczeń 2004 grudzień listopad październik wrzesień lipiec czerwiec maj
Projekt graficzny i redakcja:
Joto
|
|
|
Informacje redakcyjne...
2006-05-25 10:26:00
Redakcja z przykrością donosi, iż w wyniku braku prenumeratorów i czytelników, przy braku funduszy i sponsorów The Joto Tribune zawiesza nieodwołalnie swoją działalność.
Cała masa masy upadłościowej zostanie zainwestowana w inne przedsięwzięcia, o których nawet sam autor nie ma jeszcze pojęcia :P
Pozdrawiam po raz ostatni...
joto
skomentuj (2)
I tak właśnie będzie...
2006-03-24 01:58:16
Czasami przychodzi czas, że człowiek choćby przez chwilę, przez jakiś nieokreślony zupełnie moment spogląda na swoje życie z pozycji widza. Wtedy zauważa, że to co sprawiało mu przyjemność, stało się monotonnym obowiązkiem. To czego przyjścia się czekało, bezpowrotnie się oddala, aż w końcu przestaje się tego czekać. I ten moment, ta chwila, w której spogląda się na siebie z dystansu, sprawia, że człowiek zdaje sobie sprawę z tego, co się z nim stało. Dostrzega, niczym na filmie, te ostatnie stracone lata, w których tylko od czasu do czasu pojawiała się przebitka jakichś lepszych, a może nawet nie lepszych, ale innych od codzienności chwil. I wtedy człowiek zdaje sobie sprawę z pustki, która wypełniała mu tyle godzin. I wtedy ma się wszystkiego dosyć. I nadchodzi myśl o śmierci.
Jednak stojąc na krawędzi życia i śmierci, człowiek jednak wybiera życie. Łudzi się, że coś się zmieni, mimo, iż wie, że to się nie stanie. I chociaż wybiera życie, to powoli umiera.
W takich chwilach, gdy myślimy o śmierci, nie powinniśmy się łudzić, że będzie lepiej. Nie powinniśmy mieć nadziei na lepsze jutro. Wybierając życie, nie możemy oczekiwać zmian, lecz powinniśmy sami zacząć wprowadzać je w życie. Bo zmiany same nie nadchodzą, to my musimy ich dokonać.
Wiem o czym mówię. Nie raz myślałem o śmierci, nie raz chciałem się zabić. Jednak zawsze rezygnowałem, zawsze łudziłem się, że przecież będzie lepiej. Lecz niestety, nie jest lepiej. Teraz wiem, że jeśli chcę by było inaczej, to muszę sam zacząć działać a nie głupio wyczekiwać. Dosyć wegetacji, ten rok nie skończy się tak bezsensu jak pozostałe. Będą zmiany i to ja je wprowadzę, nie czekając ich łaskawego nadejścia.
I tak właśnie będzie...
joto
skomentuj (2)
Basia J. – "Kryzys 'wiekowy'"
2005-10-09 00:11:44
W życiu każdego człowieka jest parę ważnych punktów. Nie, nie chodzi mi o pójście do szkoły, pierwszą komunię, czy ślub, bo szkoła to nie zawsze dobre wspomnienia, do komunii nie wszyscy idą a i nie wszyscy przecież biorą ślub (bo nie chcą, nie mają z kim, lub nie mogą), mnie chodzi o "czasowe" punkty.
Punkt pierwszy, czy raczej punkt zero, czyli narodziny. Podobno tego punktu nie pamiętamy, choć są tacy, którzy twierdzą, że jest inaczej. Punkt jeden z dwóch najważniejszych w życiu każdego człowieka, chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego?
Później następują różne ważniejsze i mniej ważne punkty, ale one nie są tak istotne, jak... osiemnaste urodziny. Osiemnaście – magiczna liczba. Pamiętam, że jak byłam mała to z dzieciakami zawsze mówiliśmy: "Jak się ma osiemnaście lat to się jest dorosłym i wszystko można". Później jak mieliśmy szesnaście, czy siedemnaście lat, to głęboko wierzyliśmy, że wtedy staniemy się niezależni i w ogóle dorośli. Gdy w końcu "nadejszła wiekopomna chwila" okazało się, że wcale nie wygląda to tak różowo, jak to sobie wyobrażaliśmy, i że właściwie to nic się nie zmieniło. Bo w teorii można dużo, lecz w praktyce niestety mniej.
Ale czas płynie (czy według innych teorii leci) dalej i jak to się ładnie i poetycko mówi, przelatuje przez palce jak piasek. Ach!
Po osiemnastych urodzinach przychodzą dziewiętnaste a po dziewiętnastych dwudzieste. Dwudziesta rocznica dnia narodzenia... niby takie zwykłe urodziny, lecz dla niektórych dzień ten jest pierwszym, w którym tak naprawdę zdają sobie sprawę z upływu czasu. Ja swój pierwszy kryzys "wiekowy” przeżyłam parę miesięcy przed dwudziestką. Zaczęłam oglądać zdjęcia z liceum i się przeraziłam, że się aż tak "posunęłam". To był naprawdę cios, do tego stopnia, że zmieniłam fryzurę i styl ubierania, żeby wyglądać młodziej. Ale i tak najtrudniej było dotrzeć do najbanalniejszej i najbardziej oczywistej prawdy, gdy skończysz już lat dwadzieścia to wtedy przestajesz być nastolatkiem i pewnych rzeczy już nie wypada. Przykre, acz cholernie prawdziwe. Choć bardzo staram się zachować w sobie trochę dziecka, to niestety nie zawsze mi się to udaje.
Teraz nieubłaganie i wielkimi krokami zbliżam się do ćwierćwiecza. Kolejny ważny punkt w życiu, przynajmniej na mnie jakoś to działa i już miewam tzw. "myślówy". Rozmyślam nad tym co osiągnęłam, czy coś osiągnęłam, co powinnam dalej robić, czy, co, czy... Na szczęście te "myślówy" nie trwają długo i mogę dalej żyć dniem dzisiejszym, czyli tak jak zawsze chciałam.
Właściwie to nie wiem czemu się tak przejmuję wiekiem, przecież to tylko liczby. Przecież nigdzie nie jest napisane, że "coś" trzeba osiągnąć np. przed trzydziestką. Przecież można to osiągnąć po pięćdziesiątce. Przecież nawet nie ma przymusu, by to "coś" osiągnąć. Czy to ważne? Chyba jestem dobrym człowiekiem. Może nie jestem wspaniała, na pewno nie święta, ale po prostu dobra i sądzę, że gdybym teraz wyparowała, to choć parę osób by mnie dobrze wspominało.
No i tym optymistycznym stwierdzeniem zakończę. Na pożegnanie dodam tylko parę zaleceń.
Nie przejmuj się wiekiem...
Baw się życiem...
Ciesz się nim, bo masz jedno, a czy zacznie się ono po dwudziestce, trzydziestce, czy setce, to już nie ważne.
Banały? Może, ale jak często o tych wskazówkach zapominamy.
Pozdrawiam, życząc dobrego życia.
Basia J.
PS. Skorzystam z okazji i odpowiem na "zarzuty" spod poprzedniego mego tworu. Faktycznie imiona tam podane, jak to zauważył Upierdliwy, "zdają się byc fikcyjne? Jakies takie statystycznie pospolite cokolwiek..". Nie wypieram się tego. Imiona są fikcyjne, podobnie i osoby. Dokładniej rzecz ujmując, wymyśliłam sobie taką formę paraankiety, by przedstawić pewne poglądy na dany temat. Poglądy, które kiedyś gdzieś zasłyszałam, bądź przeczytałam. Wydaje mi się, że jest to lepsza forma, niż zwyczajne opisanie co i jak jest wg niektórych. Co do "konkluzji", może faktycznie tak nie powinnam tego nazwać. Czy "résumé" brzmi lepiej? ;-)
Dziękuję za wszystkie słowa wsparcia i krytyki. :-)
joto
skomentuj (3)
"Wydarzenia" – "Prawo i sprawiedliwość"
2005-10-03 03:06:15
Ostatni tydzień minął pod znakiem wyborów. Wyniki minionych, sondaże przyszłych, zaskoczenie wynikami, smutek i szczęście, kłótnie koalicjantów, rozmowy przed kamerami, analizy czy Marcinkiewicz naprawdę będzie premierem, czy to tylko zagranie przedwyborcze a jeśli będzie to czy to faktycznie on będzie sprawował tą funkcję, czy tylko będzie marionetką Kaczyńskiego. Innymi słowy takie ogólne polityczne gadanie. Temat ten mi na chwilę obecną, że tak powiem, zwisa. Wyborów nie anulujemy, możemy mieć tylko nadzieję, że koalicjanci się będą nadal tak spierali i nowy sejm nie doczeka czwartej rocznicy. Tak czy inaczej, wbrew temu co po tytule sądzić by można, nie chciałem o polityce pisać.
Prawo i sprawiedliwość to coś czego większość ludzi (a przynajmniej duża cześć społeczeństwa) pragnie. Chcemy by przestępcy byli łapani i karani. Chcemy by złym uczynkom stawało się zadość a dobre były wynagradzane. Chcemy wierzyć, że jest na świecie sprawiedliwość. Jednak czasami coś staje się z tym rządnym prawości społeczeństwem i zapominamy o prawie.
W sobotę Polskę sparaliżowała wieść: "Otylia Jędrzejczak ranna w wypadku samochodowym!"
Wszyscy zaczęli się zastanawiać: "Czy WYZDROWIEJE? Czy będzie mogła PŁYWAĆ?" Prezenterzy największych stacji telewizyjnych mówili: "Otylio, jesteśmy z tobą! Polacy są z tobą", pokazywano mieszkańców rodzinnego miasta i małe dzieci ze szpitali i wszyscy mówili jaka Otylia jest wspaniała.
Potem zaczęły spływać jeszcze bardziej tragiczne wiadomości: "W wypadku zginął 19-letni brat Otylii. Otylia prowadziła. Wyprzedzała kolumnę samochodów. Jechała z nadmierną prędkością", ale to jakby umykało uwadze ludzi i najważniejsze było to, że wypadek nie wpłynie na zdolności Otylii.
Gdy pojawiały się te wszystkie wiadomości i komentarze, gdy ludzie modlili się za Otylię i życzyli jej zdrowia, mnie nachodziła pewna myśl. Czy gdyby samochodem jechała dwudziestodwuletnia Anna Iksińska, która ma prawo jazdy od roku i wyprzedzałaby kilka samochodów z prędkością stukilkudziesięciu kilometrów na godzinę i gdyby ta Anna Iksińska wpadła na drzewo i się uratowała, ale zabiłaby brata, to czy też wszyscy by się tak za nią ujęli i wspierali ją? Jakoś śmiem w to wątpić, raczej rozgorzałaby dyskusja na temat szaleńców na drogach, nieodpowiedzialnych małolatów za kierownicą, bądź morderców na drogach.
No ale na szczęście Otylia będzie mogła zdobywać medale, o ile się pozbiera. Ciekawe tylko, co się stanie jeśli się nie pozbiera, jak już nie będzie "kochaną Otylią". Wolę nawet nie myśleć.
joto
skomentuj (4)
Basia J. - "Album zwierzyny łownej"
2005-10-01 00:00:01
Właśnie skończyłam oglądać film pt. "Kawaler" z Chrisem O'Donnellem i Renée Zellweger, osobiście raczej odradzam, niż nie polecam, ale nie o tym chciałam... Jest tam taka scena, w której główny bohater przegląda zdjęcia swoich byłych, które to zdjęcia chowa do pudełka a to pakuje do szafy. W tym momencie, przypomniał mi się mój znajomy, który pewnego pięknego dnia zwierzył mi się, że założył album ze zdjęciami swoich ex. Nasuwa mi się tu takie pytanie: Czy każdy facet zakłada swój "Album zwierzyny łownej"? Oraz drugie pytanie: "Czy tylko faceci robią takie albumy"?
Anna, lat 19, uczennica:
Nie wiem, czy wszyscy faceci zachowują zdjęcia swoich byłych, ale wiem, że nie jest to rzadkość. Ja kiedyś przypadkiem znalazłam u swojego ex taki album. Jedyna jego odpowiedź na moje zdziwienie brzmiała: "A, nie przesadzaj. Trzeba się czymś pochwalić przed kolegami". Zerwałam z nim od razu. Gdy myślę, że ktoś traktuje człowieka, jak przedmiot to mi się niedobrze robi. Ale dziewczyny też tak robią, więc to nie jest domena facetów. Jeśli chodzi o mnie to po każdym zerwaniu palę wszystkie zdjęcia i listy od danego osobnika, żeby mi nic o nim nie przypominało. To rodzaj takiego oczyszczenia, katharsis...
Adam, lat 31, nauczyciel:
Ja nie zakładałem nigdy, żadnych albumów. Oczywiście zachowuję zdjęcia moich – jak to się ładnie mówi – przyjaciół. Zachowuję też listy, liściki, kartki, notatki, prezenty i prezenciki. To wszystko składa się na obraz wspomnień z mojego życia. Niczego nie chcę wymazywać z mojej pamięci. Niech na stare lata mam chociaż co wspominać...
Michał, lat 20, student:
Jasne, że mam album ze zdjęciami moich dziewczyn. Jak to po co? Po pierwsze, żeby się pochwalić przed kumplami. A po drugie możesz zagrać przed dziewczyną biednego, pokrzywdzonego i uczuciowego, co to nie może sobie poradzić z rozstaniami i dlatego trzyma zdjęcia swoich byłych dziewczyn, które to z nim zerwały, co w rzeczywistości nie jest prawdą, ale dziewczyny lecą na uczuciowych...
Konkluzja? Jedni robią albumy, inni po prostu zachowują wspomnienia a jeszcze inni zwyczajnie pozbywają się wszystkiego co przypomina o rozstaniu i o tamtej osobie. Ja, jeśli chcecie znać moje zwyczaje, zostawiam sobie wszystko, żeby pamiętać dobre chwile i te złe też. Nie lubię zapominać, wtedy mam poczucie, jakbym traciła część swego życia. Zdecydowanie nie chwalę się tymi pamiątkami przed nikim, nie rozmyślam i nie rozpamiętuję. Po prostu zostawiam sobie, jako namacalny dowód mej pamięci.
Pozdrawiam Was
Pamiętająca Basia J.
joto
skomentuj (5)
Ch-ch-ch-ch-changes...
2005-09-28 01:09:00
Moi Drodzy!
Prawie dwa miesiące minęły odkąd El blog del Joto przemienił się w The Joto Tribune. Od tego czasu niewiele się tutaj działo, lecz to nie znaczy, że nie działo się nic. Działo się i to dużo, lecz poza wzrokiem publiki. W tym czasie przygotowywałem się, by od nowego roku akademickiego ruszyć pełną parą. W ramach tych przygotowań prowadziłem z paroma osobami pertraktacje, które miały na celu nakłonienia ich do cyklicznej gościny na łamach The Joto Tribune. Niestety nie wszyscy odnieśli się do mego pomysłu entuzjastycznie, ale to ich strata. ;) Na razie mam jednego pewnego gościa, ale o tym za chwilę.
Jeśli chodzi o nową formułę, to moje aspiracje sięgają (przynajmniej jak dla mnie) wysoko. Pragnąłbym, by The Joto Tribune stało się dziennikiem. Aspiracje aspiracjami, a jak będzie to czas pokaże. Ci co mnie znają, wiedzą, że różnie jest z moim pisaniem, ale będę się starał bardziej mobilizować.
Póki co plany wyglądają następująco...
Poniedziałki: "Wydarzenia" – relacje, prasówki i komentarze na temat wydarzeń z ostatniego tygodnia.
Wtorki, środy, czwartki: "Kultura" – muzyka, film, literatura i nie tylko.
Piątki: "Kącik gastronomiczny" – czemu nie kulinarny? Gdyż niekoniecznie będzie o potrawach.
W soboty gość specjalny. Będziecie mogli przeczytać felietoniki mojej drogiej przyjaciółki Basi J., której z tego miejsca jeszcze raz bardzo dziękuję za chęć współpracy. :) Pierwszy felietonik już 1.X. :)
Niedziela – dzień odpoczynku. W tej chwili trwają jeszcze pertraktacje z pewną osobą, która być może zagości tutaj w tym dniu. Na razie nic nie zdradzam. ;)
No i tak wyglądają plany. Czy uda mi się je zrealizować? Liczę na to. ;)
Jeśli ktoś miałby chęć i wolę współpracy, chętnie rozważę taką możliwość. :) Mail znajduje się w lewej kolumnie, więc proszę pisać. :)
Serdecznie pozdrawiam.
joto
skomentuj (2)
Gościnne występy...
2005-08-19 12:22:49
Dziś krótko, ale treściwie. Joto wystąpił gościnnie na stronie pani Beaty Pawlikowskiej, oto link do tego występu.
Pozdrawiam
joto
skomentuj (8)
Zmiany...
2005-08-03 20:34:47
Cóż, taki świat, dziś się liczy marka... Joto też się poddał tendencji. ;)
Od dziś El blog del joto zmienia nazwę i ciuszki.
Witam na The Joto Tribune.
Pozdrawiam.
Don Joto. ;)
joto
skomentuj (9)
Nocą...
2005-06-19 13:34:31
[3:51]
Właśnie wstałem od komputera. Czas jakoś niezauważalnie przeleciał mi przez palce, nawet nic specjalnego nie robiłem. Najpierw obejrzałem Skazanych, potem zrobiłem sobie herbaty, napisałem smsa do Maleństwa, miałem zamiar poczytać Martel'a, ale zasiadłem do kompa i, jak to często bywa, zacząłem łazić po necie bez sensu i celu. Przypadkiem natrafiłem na bloga Alterka, przeczytałem całego, ale przecież to wszystko tak długo nie trwało. Jeszcze chwilę gadałem z kumpelą..... Właśnie mnie oświeciło, "po drodze" przeczytałem "Miasto Grzechu".[4:11] No tak, teraz się zgadza. Czas został odzyskany. Gdy skończyłem czytać bloga Alterka, wyłączyłem monitor, wtedy moje oczy dostrzegły, że za oknem już dość jasno się zrobiło. Wyjrzałem za okno, było tak pięknie, spokojnie, wszystko spowite w lekki błękit jeszcze nie poranku a już nie nocy. Nie wiem czy wiesz o czym mówię, jest taki czas, że wszystko nabiera lekko błękitnego odcienia, takiego chłodnego, lekkiego, szczególnie miłego, gdy wiesz, że niedługo rozpocznie się kolejny upalny dzień. Wyjrzałem za okno i zobaczywszy to wszystko, zapragnąłem wyjść na spacer. Poczuć delikatny wiatr, który biega wśród liści drzew. Chciałem przejść się tymi spokojnymi ulicami, w tym spokojnym mieście, bo to chyba jedyna pora kiedy moje miasto jest spokojne i kiedy, nie będąc niepokojonym przez kogokolwiek, można iść na spacer. Niestety, nie dane mi jest dziś tego zaznać, gdyż wychodząc, niechybnie obudziłbym rodziców zdejmowanymi łańcuchami i otwieranymi zamkami. Cóż, może innym razem. [4:22] Czas na papierosa. [4:31] Chłodno. Na dworze nadal pięknie, nadal spokojnie, tylko ptaki słychać, chyba zagościł u nas puszczyk, no chyba, że inny ptak tak samo 'gada'. Lubię takie chwile, nie przeszkadza mi nawet to, że przeżywam je sam, choć wolałbym jednak leżeć teraz obok mojego Jedynego, zamiast w pustym łóżku.
Zaczyna mi się chcieć spać, więc wykorzystam to chcenie.
Dobranoc, czy raczej Dobry dzień.
joto
skomentuj (1)
Moje życie ze Stefanem
2005-06-13 23:11:48
„Jakiż piękny dzień!” - pomyślałem zobaczywszy ścianę deszczu za oknem. „W sam raz, by iść spać.” Poszedłem do lodówki, żeby wyjąć pasnylki zastanawiając się, jaki sen łyknąć. Miałem jakąś dziwną ochotę na melosen, albo komediosen romantyczny. Pewno to przez tą pogodę. Zatopiony po czubek głowy w rozmyślaniach, otworzyłem dzwierze lodówki i nagle do mnie dotarło i spłynęło niczym kubeł zimnej grochówki po głowie – zapomniałem zrobić zapasów. „Fak! Fak! Fak!” - tylko to mi się cisnęło na usta. „Stefanie, – rzekłem do mojego wiernego paprotka – nie mamy wyboru. Musimy udać się na spacer. Cieszysz się, prawda?” Stefan-paprotek pomachał smutno listkami. Ubrałem się ciepło, założyłem mój różowy sztormiak, wziąłem Stefana pod pachę i wyruszyłem bratać się ze słotą. Wyszedłem na klatkę, gdzie ujrzałem zasmuconego ciecia w jego blond peruce, którą nosił zamiast czapki, i w której wyglądał jak Violetta Villas. Gdy usłyszał, że schodzę, łypnął na mnie swoim smarkozielonym okiem spod burzy loków i głosem pełnym żalu powiedział:
– Nie mogło zacząć padać zanim posprzątałem?
– Takie życie, panie Zeniu!
– Ano właśnie, takie rzyciowe życie. A pan co? Szaleju się pan najadłeś, czy jak? W taką pogodę pan wychodzisz?
– Panie Zeniu, pan niech mnie nawet nie denerwuje! Skleroza się już na dobre zadomowiła w mojej makówce i za cholerę nie chce mnie opuścić. Pasnylek zapomniałem kupić.
– Ech, wy młodzi i te wasze pasnylki. Już nie umiecie bez nich śnić. A gdzież Pan kupi pasnylki w niedzielę?
– Niestety na plac Wolności muszę pójść. Dziś tylko Wafel jest otwarty.
– Ponoć nie najlepszy towar ma.
– Ano, wymyślił pasnylki dwadzieścia lat temu i do dziś niczego nie zmienia. Wciąż te same schematy snów, wciąż bez koloru, ale co robić, gdy się ma dziurawą głowę, z której wszystko wypływa.
– To skoro pan tam już idzie, to może kupiłby mi pan kawałek czarnego?
– Się zrobi, panie Zeniu. A może wpadnie pan potem na prażoszki z kapuśniaczkiem?
– Prażoszkom nie odmówię.
– No to świetnie. Dam znać jak wrócę.
Nasunąłem kaptur na głowę, objąłem mocniej Stefana i ruszyliśmy. Taka pogoda ma jedną, wielką zaletę. Całe żulerstwo chowa się niczym szczury po kanałach. Można spokojnie iść i nikt nie zaczepia, fajek nikt nie sępi, złotówki nie chce „pożyczyć”, więc mogłem pójść na skuśkę przez park, koło mojej dawnej szkoły, która teraz robiła za wariatkowo. Paręnaście minut później byłem już u bram placu Wolności. Wspaniałe i zarazem przerażające miejsce. Utworzone ukazem Rady Handlu Wewnętrznego Cesarstwa Łódzkiego. Można było tu dostać wszystko, co poza jego bramami było zakazane. Rewir 14 – prostytutki każdego „stanu cenowego”, od luksusowych panien do takich, co się puszczały za pół żulika. Rewir 17 – leki i narkotyki, od pospolitych marihuan i morfin, po mniej znane jak bufotenina, czy hermalina. Rewir 22 – broń małego i wielkiego rażenia, rapiery, szable, pistolety, kałasznikowy, wągliki i atomówki. Do wyboru, do koloru. Oczywiście są też rewiry z żywnością, ze zwierzętami, z książkami, czyli rzeczami, które nie są wprawdzie zakazane, ale w niedzielę można sprzedawać tylko tutaj. Mnie interesował rewir 13, w którym znajdował się tylko jeden sklep – Pasnylki u Wafla. Andrzej Wafel – wynalazca kontroli snu – dostał go za zasługi dla Cesarstwa w wieczyste, darmowe użytkowanie.
– Dobry, co ciekawego dziś macie? – zapytałem ekspedientki o aparycji Frankensteina.
– Oj, kochanieńki! Same cymesiki! Komedyjki, sensacyjki, dramaciki, czego duszyczka zapragnie – powiedziała Frankensteina głosem Myszki Mickey.
– Da mi pani jakiś melosen.
– Dwadzieścia pięć złociszków – zapłaciłem i obróciłem się na pięcie i odszedłem. „Jeszcze tylko do mięsnego – powiedziałem do Stefana – i będziemy mogli wracać.”
joto
skomentuj (0)
|
|
|
haritz.org
Odwiedź fascynujący i piękny Kraj Basków
Iceland
Wycieczki po magicznej Islandii
Beata Pawlikowska
Oliwkowy świat Blondynki
(; elgoog
Tajne stowarzyszenie riserczerskie
bartoszpoprostu
Sklep wielobranżowy
Juanitka
Poszukiwana listem gończym!
Niebieski Ptak
Opierzone wojaże i inne marszruty
Pedalski
Pedalski S-ka z o.o.
Piernikowy
Cukiernia "Pierniczek" zaprasza
Rafal-i-Tomek
Fabryka środków antydepresyjnych RIT
trzaskprask
Zakład fotograficzny - Warszawa
Weltschmerzfuhrer
Parówki są dobre na wszystko
Homiki - sklep niezoologiczny

Najlepszy łódzki klub gej&les

|
|